|

Istnieją cztery powody, żeby nawarzyć piwa samemu: towarzyski, zmysłowy, ekonomiczny i tradycyjny
REKLAMA ----> Calosc artykulu nizej
Loading ...
Szukasz Fotografa na slub? Wybierz nas!
Darmowy Hosting Zdjęć
i po reklamie
Powód pierwszy - towarzyski
Wieś pod Wrocławiem, w upalne popołudnie na tarasie malowniczo położonego domu krążą z rąk do rąk kolejne butelki i kufle piwa. Grafik, informatyk, mechanik, księgowa, muzyk, kierowca, student matematyki... Najmłodszy gość ma 18 lat, najstarszy jest pod pięćdziesiątkę. Nigdy by się tu nie spotkali, gdyby nie internet i wspólna pasja: domowe warzenie piwa.
Agnieszka Wołczaska-Prasolik: - Przychodzi moment, kiedy ma się już dość sklepowej oferty. Najlepsze piwo pochodziło z małych browarów, które w większości albo zbankrutowały, albo zostały wchłonięte przez wielkie koncerny. To, co można kupić, jest nudne, a domowym sposobem da się zrobić każdy rodzaj piwa. To naprawdę proste. Nawet dla mnie, humanistki z wykształcenia, która o procesach chemicznych nie miała pojęcia. Trzy lata temu zachęcił mnie kolega i tak się zaczęło.
Agnieszka, doradca kredytowy, jest nieformalną szefową dwudziestu wrocławskich piwowarów amatorów.
- Piwa korporacyjnego nie pijemy - zarzekają się Mariusz i Jadwiga Jakubowscy. Małżeństwo zgodnie warzy w domu od dwóch lat, odkąd zobaczyli gdzieś piwny zestaw "zrób to sam". - To musi być obustronna pasja, inaczej trzeba się wynosić z garami do garażu albo warzyć nocą - mówią. Janusza Bonę, studenta Uniwersytetu Przyrodniczego, zachęcili koledzy jeszcze w liceum. Jerzy Marszałkowicz, grafik i informatyk, odkąd spróbował piwa domowego, innego już nie pija. Krzysztof Kuropka, kierowca, cztery lata temu przypadkiem trafił na piwne forum na stronie www.browar.biz.
- Boom na domowe piwowarstwo trwa od czterech lat. Liczba tych, co sami biorą się za warzenie, podwaja się co roku; dziś to kilka tysięcy Polaków - mówi Agnieszka.
Wrocław ma najbardziej zgraną grupę pasjonatów domowego browarnictwa. W piwnicach trzymają śrutowniki, kapslownice, wagi, worki ze słodem monachijskim i pilzneńskim, chmiel goryczkowy i aromatyczny. Zapraszają się nawzajem do domów na degustacje, we wrześniu każdego roku jeżdżą całą grupą do jednego z polskich regionalnych browarów, a w każdy piątek spotykają się w jednym z pubów - tylko tam, gdzie jeszcze można dostać piwo z niewielkich wytwórni. Kiedy w ubiegłym roku zmarł jeden z członków wrocławskiej wspólnoty, pozostali ofiarowali córce butelki własnoręcznie przygotowanego ku jego pamięci trunku, z etykietą "Koźlak [to odmiana piwa - red.] dla Roberta".
Powód drugi - zmysłowy
Dobre piwo pszeniczne potrafi pachnieć bananami i goździkami, ciężkie belgijskie miewa malinowy lub kwiatowy aromat, stout czuć kawą, lager ma piękny bukiet chmielowy, mocny porter nęci karmelowym aromatem, koźlak ma posmak czekolady. Domowe piwo działa na zmysły i wyobraźnię: każde wychodzi inaczej, odmiennie pachnie, smakuje i wygląda. Bursztynowe, różowe, brunatne, musujące, przejrzyste, ciemne. Żyje latami, dojrzewając w domowych piwniczkach.
- Trzymam trzyletnie piwo i wciąż ma smak, zmienia się, żyje - mówi Jerzy. - Jest bogate i treściwe w przeciwieństwie do płaskich, pozbawionych głębi piw korporacyjnych.
- Trunek może być lekki albo mocny - z ponad 14-procentowego ekstraktu słodowego. Zależnie od typu drożdży mamy piwo górnej lub dolnej fermentacji, a zależnie od słodu - jasne pilsy i lagery albo ciemne koźlaki i stouty. Najtrudniej robi się jasne pełne piwo pszeniczne - wtrąca Mariusz.
Zaczyna w kuchni od śrutowania słodu: w ręcznym młynku miele ziarno. Warka, czyli jedno warzenie, to zwykle 20-25 litrów piwa, na które potrzeba 4-5 kilogramów słodu. Dodaje trzy litry wody na każdy kilogram słodu, podgrzewa ją. Do wielkiego gara wkłada termometr, żeby sprawdzić, czy to już jest moment, w którym enzymy zaczynają rozkładać skrobię. Po godzinie filtruje do plastikowej kadzi: tak powstaje młóto, zatarty słód i płynna brzeczka. Młóto przepłukuje się gorącą wodą, miesza z brzeczką, dodaje szyszek chmielowych i wszystko gotuje przez godzinę na kuchence, a potem schładza.
- Można przepuścić przez chłodnicę albo choćby wstawić do wanny z wodą - objaśnia Mariusz. Po dodaniu drożdży piwo fermentuje kilka tygodni, potem Mariusz zlewa je do butelek, jeszcze glukoza i już można kapslować. Przez miesiąc płyn dojrzewa w chłodnym pomieszczeniu, daleko od światła. - Słońce jest zabójcze dla piwa. Zamknięte w butelce z zielonego szkła i wystawione na działanie promieni nabiera lisiego zapachu - tłumaczy piwowar.
Trunek leżakuje nawet pół roku. Im dłużej, tym jest mocniejszy. - Nie pasteryzujemy go i nie filtrujemy, dzięki temu zachowuje całe bogactwo witamin B i nie skutkuje kacem - mówi Antoni. Mechanik samochodowy w MPK, najmłodszy stażem wśród wrocławskich browarników, ich zdaniem okazał się najbardziej utalentowany. - Jak człowiek zamknie się w kuchni, w tym zapachu słodu i chmielu, zapomina o bożym świecie - wzdycha.
Powód trzeci - ekonomiczny
Już za złotówkę można zrobić sobie butelkę naprawdę dobrego piwa, przekonują browarnicy.
Andrzej Rotecki (muzyk, właściciel sklepu internetowego): - Produkcja w domu jest banalnie prosta. Potrzebne są dobrej jakości składniki i dobra woda. Na początku maniacko jeździliśmy do Sobótki nabierać wody z potoków i studni. Teraz dajemy kranówę i też wychodzi, choć można i na mineralce.
Początki domorosłych browarników były trudne. Przed pięciu laty drożdże czy słód pszeniczny trzeba było sprowadzać z Czech. Dziś wszystko jest dostępne w internecie; w Polsce działają cztery sklepy internetowe, z czego dwa powstały w ostatnim roku. Wrocławianie raz do roku wspólnie kupują tonę ziarna w jednej z polskich słodowni. Andrzej: - W internecie też zamawiamy razem, bo tak wychodzi taniej. Ja biorę drożdże, Jakubowscy - fermentatory, Krzysiek - szyszki chmielowe. A potem się dzielimy.
Każdy prywatny minibrowar ma swoją nazwę: "Mikrobrowar piwoholiczny", "Siódemka", "Smocza yama", "Risto", "Browar domowy Antoni", "Czterej z Portierni i Pils". Opatrzone unikatowymi etykietami butelki trafiają do rodziny i przyjaciół. Agnieszka: - Na warzenie mogę sobie pozwolić tylko w wolne dni. Wychodzi mi około 50 litrów miesięcznie.
Powód czwarty - tradycyjny
Wrocławscy piwowarzy szukają starych klasztornych receptur, np. z dodatkiem lukrecji czy kolendry. Żałują, że nie zachował się przepis na ciemne, wręcz czarne piwo świdnickie, z którego Świdnica słynęła w średniowieczu na całą Europę.
Na piwie domowe rękodzieło się nie kończy. Jerzy przestał kupować chleb w sklepie. W piwnym śrutowniku sam miele żyto na mąkę, w lodówce trzyma "wieczny" żytni zakwas. W poniedziałek odrywa trochę, dodaje mąki, zeszklonej cebuli, płatków, ziaren, otrąb, słodu, miesza i wkłada do pieca. Dwa duże bochny przez tydzień nie tracą świeżości.
Zaczynał od gotowych mieszanek, dziś woli improwizować. - To tak jak z piwem, za każdym razem wychodzi odmienny smak. I oczywiście z piwem najlepiej smakuje.
Znajomi cenią zwłaszcza "jeżyka": naszpikowany kolcami z żółtego sera chleb z pieprzem cayenne i świeżą papryką. Andrzej, wegetarianin, sam robi żółte sery. Krzysztof słynie z wina z pomarańczy i pitnych miodów. - Wino tylko sobie stoi, a nad piwem trzeba czuwać. Jest bardziej fascynujące - mówi. Marcin Waliszewski, student informatyki na Uniwersytecie Wrocławskim, uznaje tylko wędliny własnego wyrobu. - Wzorem dziadka i ojca - kwituje. Na targowisku wybiera przerośniętą wołowinę, drobno ją sieka, dodaje jałowca, czosnku, majeranku, broń Boże saletry i innych świństw, i zostawia na dwa dni - "żeby się nasmakowało". Flaki najlepsze są w Hali Targowej, moczy je i wypełnia mięsem, zapieka w brytfannie.
- Lubimy dobrze zjeść, a potem dobrze wypić - piwowarzy wznoszą kufle. - A nie da się tego zrobić kupując w marketach. Źródło : gazeta.pl
|
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.