Co wolno w sklepie klientowi

Matka z dzieckiem do Makro nie wejdzie - chyba że w niedzielę. Klient torby do sklepu nie wniesie - chyba że pokłóci się z ochroną. A robienie zdjęć w markecie? O tym całkiem zapomnij. 

{rdaddphp file=php/google.php}  

Pani Ola razem z matką wybrała się na zakupy do warszawskiej hali Makro przy dawnej hucie Wincentego Pstrowskiego. Matka chciała kupić kilka rzeczy do swojej firmy, pani Ola naczynia i sztućce. Na zakupy wzięły trzyletnią córkę pani Oli, której nie było z kim zostawić. Zaraz przy wejściu usłyszały od pracowniczki Makro, że z dzieckiem do sklepu nie wejdą. Czemu? - Nie wolno i już - stwierdziła autorytatywnie pani sprawdzająca karty wejścia do sklepu (w Makro trzeba mieć specjalną wejściówkę).

Pani Ola wyszła z hali i dołączyła do kilku osób, które razem z dziećmi przestępowały z nogi na nogę na sklepowym parkingu. Razem wygrażali na Makro, snując domysły, skąd takie idiotyczne przepisy.

- Ze względów bezpieczeństwa - wyjaśnia Andrzej Słodki, rzecznik prasowy sieci. - We wszystkie dni tygodnia poza niedzielą po hali jeżdżą wózki widłowe. Dziecko się rusza, może coś mu się stać, kiedy wpadnie pod wózek.

Słodki dodaje, że taką zasadę przyjęto od początku istnienia hal Makro w Polsce. - Nasi klienci o tym doskonale wiedzą, bo podpisują regulamin, w którym ten punkt jest zawarty - twierdzi Słodki.

Podobnych regulacji niezrozumiałych dla klientów jest jednak sporo. Do większości marketów nie wolno na przykład wchodzić z torbą. Ochrona każe ją zostawić w Biurze Obsługi Klienta. - Ochrona nie ma jednak prawa wymusić na kliencie oddania swoich rzeczy, jeżeli klient nie wyraża na to zgody. To wyłącznie prośba - zastrzega Alain Souillard, prezes Carrefour Polska.

- Jeśli klient wejdzie do hali sprzedaży z torbą, w której znajdują się zakupy dokonane w innym sklepie, powinien liczyć się z tym, że pracownik ochrony poprosi go o pokazanie zawartości torby - mówi Przemysław Skory z Tesco.

Zostawianie toreb ma uchronić sklepy przed złodziejami, którzy według badań European Retail Theft Barometer kradną co roku z polskich sklepów towar za ok. miliard euro!

Torba jest niezbędna, żeby towar wynieść. Ba, na stadionie X-lecia można kupić specjalne "złodziejskie" torby z kartonu i folii aluminiowej dezaktywującej zabezpieczenia na płytach DVD. Zazwyczaj złodzieje stosują jednak mniej wyszukane metody. Bardzo popularny jest np. sposób "na dziecko". Do sklepu przychodzi rodzina z małym dzieckiem. Snuje się między półkami, ogląda, ale towar wkłada nie do koszyka, tylko do przyniesionych ze sobą toreb. Dziecko bierze batonik do ręki. Następnie rodzina mija kasy i kieruje się do wyjścia. Przy ochroniarzu - dla uwiarygodnienia - mama puka się w głowę i z rozbrajającym uśmiechem mówi: "Zapomniałam zapłacić za batona". Wraca i płaci, a rodzina odchodzi ze skradzionym towarem w torbie.

Sieci wprowadzają też ograniczenia jeśli chodzi o ilość towarów kupowanych w promocji. Klient nie może kupić więcej niż np. 10 kalafiorów. W Tesco w ubiegłym roku takie ograniczenia obowiązywały przy promocyjnej sprzedaży cukru, mąki, jajek, wody oraz papieru toaletowego i chusteczek higienicznych. Drażni to zwłaszcza klientów mających duże rodziny. Takie limity zakupów mają zapobiec wykupywaniu towaru przez drobnych kupców, a następnie odsprzedaży w ich sklepach już po wyższych cenach.

W sklepach nie wolno również robić zdjęć. - Takie zdjęcie to niebywale cenna wskazówka dla konkurencji. Może się dowiedzieć np. kiedy startujemy z akcjami sezonowymi, które towary eksponujemy bardziej, a które mniej, jak układamy towar na półkach - wylicza pracownik jednej z sieci handlowych.

O tym, co i gdzie leży w sklepie decydują badania, za które słono się płaci. Śledzi się również - później analizuje - jak klienci chodzą po sklepie.

- Oczywiście konkurencja może przysłać do nas ludzi, aby wszystko obejrzeli albo zrobili zdjęcie znienacka. Ale po co ułatwiać im życie - uśmiecha się handlowiec.

Klient może mieć problemy, jeśli zdecyduje się... spisywać ceny produktów. Sklepy zawierają między sobą porozumienia w tej sprawie: kto, kiedy i w jakich okolicznościach może przyjść do konkurencyjnego sklepu z czytnikami kodów kreskowych i skanować ceny na półkach. To pomaga sieciom zorientować się, jaki sklep sprzedaje np. chleb czy jajka najtaniej w danej okolicy.

Takie "cenowe testy" niektóre sieci robią nawet codziennie. Pracownicy pędzą jednak sprzed półek przedstawicieli sklepów, którzy porozumienia nie zawarli. I czasami biorą za przedstawicieli szczególnie dociekliwych klientów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
Share on Google Plus

About Admin

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz